pairing: 2MIN
gatunek: AU, fluff
ostrzeżenia: brak

Dla Magi Lee


***

     Wtorkowy poranek. Wszyscy wstają z łóżek by móc udać się do swoich stanowisk pracy. Zwykły dzień ze zwykłym schematem. Jedno i to samo w kółko, nic świeżego. Monotonia czasami przeraża i czasami chce się udać gdzieś daleko i zapomnieć o tym. Ciągły pośpiech, nieustanne walki o przetrwanie, pogoń za chlebem. Marzenia umykają im każdego dnia, nie mają czasu na ich spełnianie. Większość z nich nawet nie myśli o miłości, o tym by z kimś być. Na to też nie mają czasu.
  
     Wyjątkiem od reguły jest pewna redakcja w sercu Seulu,w której codziennie jest coś nowego, nie ma schematu i tej jednolitości. Wszyscy się od siebie różnią, zwłaszcza dział edycji. Tam panuje wieczny nieład, nie posiada zasad, każdy tam ma swój indywidualny styl. W sali, w której pracują ma pełną paletę kolorów, każde stanowisko ma swojego właściciela, jest różnie przyozdobione. Na parapetach stały wazony z kwiatami, co nadawało świeżości pomieszczeniu. Niecodzienny widok, w żadnej redakcji nie ma takiego wyglądu jak ma ten dział.

- Tak, proszę pani. Korektę zrobi do piątku. Tak, tak, proszę się nie martwić. Zadzwonię do pani i się umówimy na spotkanie... . Ja również życzę pani miłego dnia i jeszcze raz przepraszam, do widzenia - jeden z edytorów odłożył słuchawkę, wstał powoli, wziął głęboki wdech - Gdzie ten Minho do cholery?!
- Spokojnie hyung, zaraz przyjdzie - obok niego siedzący mężczyzna próbował uspokoić.
- Niech on lepiej szybko przyjdzie, bo jak za pięć minut się nie zjawi to rodzona matka go nie pozna.
- Dzień dobry wszystkim - wszedł wcześniej wspomniany chłopak.
- Fajnie, że wpadłeś. Może weźmiesz się za korektę?
- Już się biorę za to - podszedł do swojego biurka i posłusznie zaczął wykonywać swoją pracę.

     Wszyscy rozpoczęli swoją pracę nad korektami. Edytor nie ma łatwo, nie wystarczy tylko poprawić błędy i omówić je z autorem a jeszcze z nim się użerać jak się trafi na upartego i negocjować z nim.

     Środa. Środek tygodnia, nowy dzień, te same obowiązki. W redakcji nastaje chaos w związku z autorem, który podał do sądu jednego z pracowników działu edycji. Nikt nie wiedział o co chodzi dopóki nie wyjaśnił całej sprawy szefowi działu i także naczelnemu, reszta jednak nie mogła się o tym dowiedzieć. Przez to wydarzenie niestety został oddalony od pracy, co w związku z tym trzeba było szukać nowego edytora.

- Dobra, słuchać! - szef zwrócił się ku swoim podopiecznym - Znacie jakiś edytorów szukających pracy?
- Hyung, wiesz o tym, że tych co znamy już dawno pracują w innych redakcjach - pobłażliwie zwrócił się kolega siedzący po jego lewej stronie.
- Dajmy ogłoszenie, ktoś się na pewno znajdzie - odezwał się trzy miejsca dalej pracownik.

     Tak też zrobili. Mija zaledwie tydzień od dania ogłoszenia i już ktoś się znalazł. Dzisiaj w ten poniedziałkowy poranek miał się zjawić nowy członek załogi edycji. Był to chłopak delikatnej postury, rysy bliskiej kobiecej twarzy, czarne jak węgiel włosy a skóra tak jasna niczym porcelana chińska. Gdy tylko wszedł to wszystkie pary oczu zwróciły się ku jego postaci. Obok niego stał kierownik działu, który zachęcał go gestem by się przedstawił.

- Dzień dobry...nazywam się Lee Taemin...uhm...mam nadzieję, że będzie nam się dobrze pracowało. Miło mi was poznać - był bardzo zawstydzony i nie pewny. Zastanawiał się co on tutaj robi, wyglądał jakby miał zaraz uciec. Bał się jak go przyjmą.
- Siema młody! - podszedł do niego wysoki blondyn - Więc zwiesz się Lee Taemin?
- T-tak.
- Witaj w naszej rodzinie. Czuj się jak u siebie. Nie obrazisz się jak będę cię nazywał Taeś? - był uśmiechnięty od ucha do ucha. Ten tylko nie pewnie kiwnął głową i lekko się uśmiechnął.
- Już nowego sobie szukasz? Młody uważaj, bo ten tutaj jest gejem - zaśmiał się zza biurka pewien brunet.
- Ale krzywdy ci nie zrobi nie bój się - zapewnił naczelny.
- Może ja nim się zaopiekuję co Harry - podszedł i delikatnie objął ramię nowego wysoki szatyn.
- Minho staje się dla ciebie konkurencją - któryś z kolegów zażartował.
- Dobra bierz go, nie będę walczył z bossem - w geście poddania uniósł blondyn ręce.

     Minho pokazał Taeminowi jego nowe miejsce pracy, oprowadził go po budynku, wszystko co po kolei. W ten sposób nowy za klimatyzował się w obcym dla niego środowisku.
  
     Mijały kolejne dni. Wszyscy ciężko pracowali, nadszedł sezon, gdzie pisarze dostawali wielkiej weny i było mnóstwo do edycji. Taeminowi szło coraz lepiej i już nie czuł się źle, stara ekipa go zaakceptowała. Należał już do ich rodziny.

     Zbliża się weekend. Długo wyczekiwany co tydzień czas, gdzie można odpocząć, zrelaksować się.

     Piątek, wieczór. Wszyscy zbierali się do domów. W budynku gasły światła. Jako ostatni wychodzi Taemin. W rękach trzymał jakieś papiery i swoją teczkę.

- Może pomóc? - usłyszał czyiś głos i się trochę zląkł. Spojrzał się w stronę ciemnej postaci i dojrzał tam swojego kolegę.
- Minho..uhm. N-nie, dam sobie radę naprawdę - kłopotliwie się zaśmiał w wyniku czego wypadły mu kartki na chodnik.
- Może jednak, daj pomogę - razem zaczęli zbierać rozsypane papiery.
- D-dziękuję bardzo - przez chwilę stali w niezręcznej ciszy - T-to ja może już pójdę
- Odprowadzić cię? - ten spojrzał na niego w lekkim szoku.
- Nie, mieszkamy pewnie w przeciwnych kierunkach.
- W którą stronę? - Tae wskazał palcem kierunek, Choi się lekko zaśmiał.
- Ja też tam mieszkam - oboje się zaśmiali i uśmiechnęli się do siebie.

     Poszli w kierunku swoich domów. Przez całą drogę rozmawiali o wszystkim i o niczym jak starzy kumple. Czuli się swobodnie przy sobie, śmiali się. Po jakimś czasie Taemin bardziej przyglądał się starszemu, mierzył go wzrokiem, aż w końcu zatrzymał się na jego czekoladowych oczach. Nie mógł oderwać wzroku od niego, nie zauważył nawet kiedy to szatyn zauważył i też robił to samo co młodszy.

- Taemin...
- Ah! Przepraszam bardzo! - był bardzo zakłopotany, od tej sytuacji cały zrobił się czerwony.
- Gdzie mieszkasz? - zapytał, ten spojrzał na budynek obok i wskazał palcem.
- Tutaj - wyższy się zaśmiał - Czemu się śmiejesz?
- Bo ja też tu mieszkam, niewiarygodne

     Przeszli przez furtkę, otworzyli drzwi za pomocą kodu i weszli do klatki schodowej. Między nimi zapadła cisza. Przekroczyli próg windy.

- Na które piętro paniczu? - żartobliwie zapytał Minho.
- Piąte.
- Naprawdę? Bo ja też - znowu zaczęli się śmiać.

     Wyszli z windy i ruszyli na korytarz. Lee nie pewnie przybliżał się do Choi do tego stopnia, że potknął się o swoją stopę. Na szczęście z opresji uratował go starszy i złapał młodszego.

- Nic ci nie jest? - podniósł przyjaciela i spojrzał na niego ze zmartwieniem, ten na to kiwnął przecząco głową - Ah, to dobrze - szli dalej, aż Minho się zatrzymał przy jednych z wielu drzwi.- Tutaj mieszkam - oznajmił.
- Uhm, to ja już pójdę, do-
- Może wejdziesz? Napijemy się czegoś, pogadamy - zachęcał

       Serce Lee zaczęło bić jak młot, krew szybciej przepływała, a płuca nie nadążały z procesem oddychania. Kiwnął głową i ze spuszczoną wszedł do mieszkania. Jak tylko przekroczył próg, jego źrenice się bardziej rozszerzyły jakby był pod wpływem narkotyków. Według niego Minho stawał się jego narkotykiem, żadnego dnia nie mógł przeżyć, jeśli z nim nie porozmawiał chociaż pięć minut. Przy każdej ich rozmowie wdychał zapach za którym ciągle tęsknił. Teraz miał okazję mieć go wyłącznie dla siebie.

     Młodszy obawiał się, że będzie grobowa cisza, jednak ku zdziwieniu mieli wiele tematów i niektóre zainteresowania się pokrywały ze sobą. Odnaleźli wspólny język. Szczerze się do siebie uśmiechali, śmiali. Wyglądali jakby się znali od lat, a to zaledwie parę tygodni. Nikt by nie przepuszczał, że w tak krótkim czasie będą sobie bliscy. Jednakże dla Taemina to było za mało, chciał więcej, chciał jego, całego. Chłopak z natury nieśmiały, bał się zrobić pierwszy krok, obawiał się reakcji, mógłby stracić wszystko.

- Mogę zadać bardziej intymne pytanie? - uciszył trochę atmosferę swoim pytaniem Choi.
- Jeśli odpowiedź ci się przyda, to pewnie - bez wahania odpowiedział Lee.
-Jakiej jesteś orientacji? - to pytanie powaliło na nogi młodszego, nie miał pojęcia czy ma kłamać czy zgodnie z prawdą odpowiedzieć. Miał mętlik w głowie.
- H-hetero
- Nie kłam
- Naprawdę! - próbował przekonać starszego
- Mnie nie oszukasz - uśmiechnął się wyniośle.
- Ugh, jestem gejem - spuścił głowę w dół, był pewien, że zaraz się stanie coś nieprzyjemnego.

     Nie stało się tak jak przypuszczał, wręcz przeciwnie. Nagle atmosfera miała wysoką temperaturę, robiło się duszno w pomieszczeniu. Choi niebezpiecznie się zbliżył do Lee. Taemin był spięty, zupełnie osłupiał na to co robi jego przyjaciel. Nim się obejrzał a ich usta były złączone w delikatnym pocałunku. Obaj rozpływali się, mieli takie same myśli na temat ust. Po chwili z nieśmiałego pocałunku wyszedł bardzo namiętny. Nie potrafili się od siebie oderwać. Zbyt przyjemne dla nich to było, gdyby nie brak tchu nigdy by się nie dołączyli.

- Podobasz mi się Taemin - lekko zasapany oznajmił Minho
- Uhm... - drugi nie krył zawstydzenia, był cały czerwony.
- Chciałbyś być moim chłopakiem? - zapytał pół oficjalnie
- T-tak - uśmiechnął się młodszy i mocno przytulił się do szatyna.

     Taemin miał wyjść do swojego mieszkania, jednak Minho, go zatrzymał, żeby spał u niego. Nie mógł już żyć bez tego malca, który swoim pół dziecięcym urokiem urzekł poważnego mężczyznę.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Mam nadzieję, że się podoba, starałam się jak najlepiej to napisać ;;;;;


***


     Leżałem na obserwacji, nie mogłem znieść czekania. Chciałem już wiedzieć co z Kibumem, czy żyje, czy wszystko jest z nim dobrze. Ta niewiedza bardzo mnie dobijała i byłem bardzo niecierpliwy. Usiłowałem wstać z łóżka, jednak pielęgniarka skutecznie mnie zatrzymywała. Nie miałem innego wyboru jak czekać.

- Aish! - krzyknąłem.
- Proszę się uspokoić, nie jest pan sam - racja, powinienem się uciszyć.

    Minęły dwie godziny a po nim ani śladu, bałem się o niego. Nie dopuszczałem jednak myśli, że mogło coś pójść nie tak. Załamałbym się gdyby byłoby tak, że jego tu nie ma, a ja jestem. Ryzykowałem dla niego życiem, by mógł ponownie się do mnie uśmiechnąć, przytulić. W końcu zakończył się nasz koszmar i nastał sen, który nikt nie zakłóci. Musieliśmy wiele wycierpieć, by wspólnie zaznać spokoju. Kiedy teraz to wszystko wspominam, stwierdzam, że mogło być gorzej. Ten mężczyzna z mafii się powstrzymywał od zabicia nas, bo gdyby tak naprawdę chciał tego, to nie czekałby jak na jakieś zbawienie. Byłem wdzięczny losowi, że tak to się potoczyło.

     Do sali wszedł funkcjonariusz, który z nami był na moście. Miał opatrunek na głowie, ale to mu nie przeszkadzało by się uśmiechać. Widać było, że cieszy się z udanej akcji ratowniczej. Był bardzo spokojny i podszedł do mojego łóżka.

- Jak się czujesz? - zapytał siadając na krześle obok.
- Poskładany - zaśmiał się - Co?
- Cieszę się bardzo, że nic ci poważnego nie stało.
- A co z Kibumem? - spojrzałem z nadzieją, że przekaże mi dobre wieści.
- Właśnie po to przyszedłem. Wszystko przebiegło bez komplikacji. Żyje i za niedługo przyjedzie tu na salę - kamień mi spadł z serca, aż głośno wypuściłem powietrze z płuc.
- A co z mafią? - spojrzał na mnie a jego mina od razu zrobiła się smutna.
- Nie ma jej. Rozbiliśmy, nie ma już zagrożenia w mieście - poczochrał moje włosy, uśmiechnął się, wstał i zaczął iść do wyjścia. Trochę to było dziwne uczucie, bo to jakby był niezadowolony z tego, ale nie miałem zamiaru się tym przejmować.
- Czekaj! - odwrócił się - Jak masz na nazywasz?
-  Nezumi Tom - wyszedł.

     Po godzinie zasnąłem, później do moich uszu dochodziły czyjeś głosy. Nie brzmiały jak lekarzy a  kogoś z zewnątrz. Powoli stawały się dla mnie znajome. Wiedziałem, że to oni idą, cała czwórka. Serce szybciej biło, w oczach pojawiły się iskierki, zaczynałem się cieszyć.

- Minho nie pchaj się, damy mają pierwszeństwo.
- O to przepraszam szanowną panią.
- Hyung czemu zabrałeś ze sobą kubełek kurczaków?
- Bo mogę.

    Śmiałem się jak za dawnych czasów. Nic się nie zmienili przez czas, dosłownie w minutę po usłyszenie krótkich dialogów pojawili się w sali, w której leżałem. Wszyscy byli uśmiechnięci i zdrowi. Taemin zdrowy jak ryba, nie widać było po nim, że był w szpitalu, reszta też wyglądała na zdrową. Młody podbiegł do mnie i spojrzał na mnie tymi swoimi czekoladowymi oczami.

- Hyung, hyung! Jak się czujesz? - zapytał.

- Dobrze, nie narzekam. Opiekuje się mną tamta śliczna pani - nagle poczułem delikatny ból na głowie - Ałła a to za co?
- Przez to zamartwianie się o ciebie omal nie zeszłam z tego świata, debilu - stanęła nade mną ze łzami w oczach Hyun Min.
- Płaczesz jak baba - Minho też nie ominęła szkarłatna pięść dziewczyny.
- Bo....bo....się cieszę, że żyjesz do cholery - na dobre się rozpłakała, trochę było mi jej szkoda.
- Jinki - zwróciłem się do najstarszego - Jak tam stary?
- Bywało gorzej, mówię ci - nachylił się i opuścił głos ton niżej - Ja tą trójkę ledwo poskładałem do kupy, dobrze, że mi się nie pozabijali przez to.
- Wybacz
- A kto to mógł wiedzieć, że tak się potoczy. Ważne, że wszyscy żyjemy - uśmiechnął się Onew jak zawsze.
- A gdzie Kibum? - zapytał Taemin.
- Ma być zaraz tutaj przewieziony - odpowiedziałem.

     Niespełna pięć minut, blondyn pojawił się na sali nadal w śpiączce. Przyjaciół już przy mnie nie było, bo musieli wrócić do domu i dobrze, zadręczyliby mnie na śmierć. Śmiałem się w duchu z moich myśli. Nie wiem czy wolałbym zginąć z rąk mafii czy tych głupków co są zawsze przy mnie.


Dzień później.

     Dzisiaj mieli mnie wypisać ze szpitala. Byłem pełni sił i gotowy do pracy, ale miałem zwolnienie jeszcze z jakichkolwiek prac fizycznych. Lekarze pozwolili mi być przy Kibumie, aż się nie obudzi. Jego tętno było w normie, oddychał samodzielnie, bo wczoraj jeszcze miał rurkę, która mu pomagała. Spał jak anioł, tylko mu skrzydeł brakowało do całości. Gdybym miał kartkę i coś do pisania, narysowałbym go takiego jak jest. Byłaby piękna pamiątka, bo to był jedyny moment kiedy mogłem na niego spokojnie popatrzeć. Kiedy tak spoglądałem na niego to szkoda, że to nie ja leżę na jego miejscu. Jakby było na odwrót to byłaby urocza scena jak z filmu romantycznego, gdzie ukochana czeka aż jej wybranek serca obudzi się. To było z lekka zabawne jak to sobie wyobraziłem.

     Trzymałem jego dłoń w swojej. Czekałem, aż się wybudzi. Postanowiłem czekać tak długo jak to możliwe, żadna siła mnie stąd nie wyciągnie. Wracałem do wspomnień, kiedy jeszcze mieliśmy spokój. To było coś cudownego, ale teraz nacieszymy się sobą dłużej i nikt w tym nie przeszkodzi.

     Zanurzyłem się we wspomnieniach i zapomniałem o świecie, który mnie otaczał. Z myśli wybił mnie delikatny uścisk na dłoni. Spojrzałem na Kibuma, a jego powieki zaczęły drgać. Cicho pomrukiwał. Zaczął się wybudzać. Moje serce stanęło, wstrzymałem oddech, czekałem długo na tą chwilę, chociaż to zaledwie dwa dni, ale dla mnie to były wieki. Czułem jak krew zaczęła szybciej krążyć, przez co zrobiło mi się ciepło. Byłem podekscytowany tą chwilą. Nic by mnie nie uszczęśliwiło jak jego uśmiech, oczy, głos. Cały on, sprawiał, że byłem szczęśliwy.

- Kibum - spokojnym tonem odezwałem się, na co on spojrzał na mnie i uśmiechnął się tylko. Widać było, że chce coś mi powiedzieć, lecz miał za mało sił. Jednak osłabiony organizm miał, nie dość, że go postrzelono to jeszcze operacja i kroplówki go osłabiły. Ważne było dla mnie, że żył.

      Na salę wszedł lekarz, który operował blondyna, był uśmiechnięty na widok chłopaka. Podszedł do łóżka, zapytał o kilka podstawowych spraw, tłumaczył nam wszystko po kolei jak przebiegała operacja, jak długo jeszcze będzie osłabiony i wiele innych rzeczach.

- Pan Kibum będzie mógł wyjść jutro, dzisiaj jeszcze musi przeleżeć na obserwacji, czy nie będą jakieś powikłania. Radzę panie Jonghyunie iść do domu i się przespać, pański przyjaciel będzie miał należytą opiekę medyczną, a jeśli coś się stanie zadzwonimy do pana - z każdym słowem był uśmiechnięty, pewnie wiedział co mówi.
- Nie chcę go zostawiać - poczułem jak mi ścisnął dłoń i gestem dłoni, pokazał, że mam się nie martwić i pójść do domu.

     Nie protestowałem, jeśli on sam na swój sposób powiedział, że mam iść to tak zrobiłem. Pożegnałem się i wyszedłem. Nawet na chwilę się nie zatrzymałem, twardo szedłem do mojego starego mieszkania. Ciągle rozmyślałem nad wszystkimi dotychczasowymi wydarzeniami. Sporo się działo, to wywróciło moje życie do góry nogami. Jednak patrząc na to z perspektywy czasu, to się zmieniłem, chyba na lepsze. Pogodziłem się z tatą, znalazłem miłość swojego życia, moje nastawienie do wszystkiego się zmieniło. Stałem się łagodniejszy, nie byłem już taki macho, już mnie nie interesowały kobiety czy też inni mężczyźni.

     Jak tylko wszedłem do mieszkania, Taemin się na mnie rzucił jak dziecko na ojca, który wrócił z pracy. Wszyscy mnie ciepło powitali. Zjedliśmy obiad, pogadaliśmy. Było prawie tak samo, prawie, bo znałem prawdziwe orientacje Hyun-Min oraz Minho. Jednak to nie zmieniło mojego nastawienia do nich, traktuję ich tak jak przedtem. Znowu byliśmy szczęśliwą rodziną, tylko brakowało mi Kibuma, bo od chwili istnienia naszego związku też należy do ekipy.


Następnego dnia

     W biegu z samego rana, umyłem się, ubrałem i zjadłem by czym prędzej zobaczyć ukochanego i móc go przytulić. We mnie wszystko chodziło, już nie mogłem się doczekać spotkania, czułem się jak na pierwszej randce. Czekałem na niego przed wejściem na ławce. Niecierpliwie spoglądałem na zegarek, te minuty strasznie się dłużyły.

- Nosz kur...ile można się wypisywać? 
- Marudzisz, bo rośniesz 
- Kibum! - szybkim ruchem przytuliłem go jak najmocniej, nie miałem zamiaru go puścić.
- Jonghyun, nie żeby coś, ale złamiesz mi zaraz żebra - uderzał lekko w moje plecy i zważywszy na jego delikatność to go puściłem, ale powstrzymać się nie mogłem od pocałunku - Dobra, dobra, nie podlizuj się już tak - zaśmiałem się - Gdzie teraz pójdziemy?
- Jak to gdzie? - zapytałem zdziwiony - Do domu.
- Jak to?
- Przecież należysz do naszej rodziny, wszyscy już na ciebie czekają - uśmiechnąłem się szeroko.

***

      Byłem jeszcze trochę obalały po tym wszystkim, ale miałem siłę na normalne funkcjonowanie w społeczeństwie. Przepisano mi leki, które muszę zażywać przez miesiąc, jakoś będę musiał to wytrzymać.
Byłem szczęśliwy, kiedy zobaczyłem tego dinozaura, tęskniłem za nim bardzo. Też byłem uradowany myślą, że mojego problemy się skończyły, już nie będzie mnie ścigać mafia, nikt nie będzie chciał mnie zabić. Mogłem wreszcie cieszyć się życiem. W sumie mogłem dopiero teraz go zaznać.

     Zanim zjawiliśmy się w domu, poszliśmy do parku. Pośród drzew, płynęła rzeka a nad nią stał drewniany mostek. Weszliśmy na niego i przystanęliśmy, patrząc na czystą wodę. Widać było nasze odbicia.

- Dziękuję - zwróciłem się do Jonghyuna
- Za co? - ten spytał zdziwiony
- Za to, że jesteś.
- Heh, też ci dziękuję, że jesteś - uśmiechnął się do mnie i wyszczerzył te swoje białe ząbki w moją stronę.
- Zauważyłeś, że mnie ci na górze nie chcą jeszcze? - zapytałem, opierając się o barierkę.
- Może mają za dużo aniołów i brakuje miejsc.
- Ty serio zamiast mózgu masz papkę - spojrzałem na nie z politowaniem, ale też pół żartem - Oj, żartuje.
- Wiem - delikatnie się uśmiechnął - Jesteś moim aniołem
- Chyba upadłym - cicho powiedziałym
- Ale powstałym - przytulił mnie mocno do siebie - Ważne, że znowu jesteśmy razem i nikt nam w tym nie przeszkodzi.

     Popłynęły mi łzy po gorących policzkach. Mojego szczęścia nie dało się opisać, wszystko tłumaczą moje łzy i uśmiech. Cały czas musiałem uciekać, nie miałem chwili wytchnienia, nie znałem normalnego życia. Wiecznie w strachu, niepewności. Teraz...teraz poznam prawdziwe życie z tej jaśniejszej strony. Zaczynałem nowe życie, taki jakby nowy rozdział, ale z osobą, którą kocham. 

     Spojrzałem w niebo, było takie spokojne, promienie słońca przyjemnie ogrzewały mi twarz. Wiatr delikatnie owiewał moje ciało. Miałem wrażenie, że już takie coś czułem. Błogo, taka harmonia grała. Kiedy spojrzę wstecz, to mało pamiętam. Pamiętam do momentu postrzelania mnie. Nie wiedziałem co się działo i raczej nie chciałem tego wiedzieć. Tym lepiej dla mnie. Będę żył chwilą, nie przeszłością.

     Mało kto z ludzi takich jak ja wychodziło z takich sytuacji, większość poddawała się od razu. Jednak, jeśli chce się żyć w tej normalnej części żywotu trzeba walczyć, nie poddawać się, pomimo myśli o śmierci, licznego dołowania się. 

     Ja Kim Kibum od małego spadałem w dół i sięgnąłem dna. Jednak w pewnej chwili pojawiło się malutkie światełko, którym był Kim Jonghyun. Człowiek, który wbrew mojej woli się pojawił w moim życiu. Nie chciałem, aby się wtrącał, ale dzięki niemu żyję i wiem, że on da mi szczęście, którego mi brakowało od samego początku. 

     Jestem aniołem, posiadający czarne skrzydła, lecz tylko dlatego, bo splamiła ich moja przeszłość, nigdy nie powrócą do nieskazitelnej bieli. Zbyt długo to trwało, ale czerń też nie jest zła, będę jedynym z niewielu.

     Upadły Anioł już odszedł, ponieważ dzięki właśnie niemu narodził się jak to powiedział Powstały Anioł.


Dziękuję


KONIEC


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Bardzo przepraszam za zwłokę ;;;;; Ale jakoś tak wyszło, że byłam zajęta, a jak chciałam się za to zabrać to internet odmówił współpracy. 

Wreszcie doszliśmy do końca naszego rocznego opowiadania, trochę mi ciężko się z nim rozstać, ale czas na inne. 

Zdradzę Wam, że mam pomysł na nowe opowiadanie, ale nie wdrążę je dopóki nie skończę "You're my Romeo", troszku to potrwa.

Mam nadzieję, że Wam spodobało się opowiadanie i koniec jest w miarę przyzwoite, przepraszam za wszelkie błędy.

Proszę o wszelkie komentarze i odczucia do całości opowiadania. 
Będę bardzo wdzięczna (❁´‿`❁)*✲゚*






Siemanko.

Tak wiem, opóźniam się z dodaniem ostatniej części opowiadania. Jestem w trakcie pisania go.

Byłam dość zajęta przez ten czas a to wszystko związku z wyjazdem do Warszawy na Animatsuri.
Dzisiaj wyjeżdżam o 23:02 a wracam w niedziele o 15:00.

Spędzę ten czas miło ze swoimi znajomymi. Jedziemy w 7 osób (dodatkowe informejszyn)

Jeśli ktoś z moich czytelników się wybiera na konwent to możecie mnie tam spotkać.

Powrócę do pisania w przyszłym tygodniu i NA PEWNO go dodam.
W zakładce SPAM albo na asku możecie mnie po niedzieli zapytać jak było i jakie wrażenie (taka tam zachęta)

Hmm, z tego ogłoszenia to wszystko.

Zapomniałam Wam życzyć udanych wakacji tak więc....

Udanych i bezpiecznych wakacji Wam życzę, bawcie się dobrze <3


Han Blue





***

     Znalazłem samotny korytarz szpitala. Ledwo łapałem oddech. Bałem się przeczytać zawartość listu. Ręce mi się trzęsły. Miotały mną emocje, a serce nagle zaczęło bić dynamicznie. Nie potrafiłem zapanować nad uczuciami. By zaspokoić swoją duszę, otworzyłem białą kopertę, wyciągnąłem kartkę i rozwinąłem. Zacząłem czytać, słysząc głos ojca.

***

"Drogi Tom.

     Tak, wiem, za późno na przeprosiny. Za późno na wszystko w sumie. Mam tylko nadzieję, że mnie zrozumiesz i postawisz się w mojej sytuacji, ale nic na siłę. Czego ja wymagam. Nie zasługuje na wybaczenie, zrozumienie. Na nic. Tyle krzywdy Wam wyrządziłem, tego nie można wybaczyć. Jednak chcę powiedzieć, że płakałem kiedy się dowiedziałem, że Shoota nie żyje. 

     Pewnie do dzisiaj nie rozumiesz dlaczego zabiłem Waszą matkę. Byłem pod wpływem, nie myślałem racjonalnie, kiedy trafiłem pod skrzydła mafii, wszystko się zmieniło. Moje myślenie, życie. Inaczej postrzegałem świat. Dawniej kochałem Was, moją żonę, Ciebie, Shootę, naprawdę, ale narkotyki odwróciły, przewróciły mój świat do góry nogami. Przestałem kochać, być szczęśliwy, kiedy odstawiłem to świństwo, było już za późno. Chaelin już nie było, Shooty nie było, tylko ty zostałeś przy życiu, ten który mnie nienawidzi. nie mam Ci tego za złe, bo przecież masz powód. 

     Nie będę opowiadał jak dostałem się do mafii. W tym liście chcę wylać cały swój żal i okazać skruchę. Tyle mnie ominęło w życiu, ja widziałem prochy, krew i pieniądze. Was już wtedy nie było. A byliście przed i po jak się obudziłem z długiego snu. Wiesz synu, jestem aniołem, który upadł bardzo nisko a jego skrzydła z nieskazitelnej bieli zrobiły się brudne, że aż czarne. To brud, którego nie da się wymyć, dać zapomnieć o nim jak o szmacianej lalce. Taaa, to ja jestem tą szmacianą lalką, która siedzi na wysypisku i czeka na cud. Jednak jestem lalką, która nie może liczyć na to.

    Tom, moja cienka linia życia za niedługo się przerwie. I to nie narkotyki, nie policja ją przerwą a ja sam. Nie potrafię już tak żyć. Muszę w końcu zapłacić za swoje grzechy, za życia tych co kazałem zabić, tych do czego sam się przyczyniłem. Nie mam prawa bytu na tym gruncie. Pewnie powiesz "Masz, ale musisz chcieć", nie, nie ja, nie to, że nie chcę, ja już nie mogę. To koniec mój, a on jest bardzo blisko. 

     Cieszę się, że udało Wam się wtedy uciec, przed moim mordem, tez dobrze, że nie starałem się Was szukać. Naprawdę. Wyrośliście na cudownych mężczyzn. Ty w policji a Shoota w barze, robiliście to co kochaliście. Z biegiem lat od tamtego wydarzenia śledziłem Was, by wiedzieć co jest z Wami, jak żyjecie i tak dalej. Byłem dumny z Was. Chociaż Wy wyszliście na ludzi i zrobiliście coś kreatywnego w swoim życiu. A ja? Nic, kompletne dno, taki stary dziad jak ja pisze to. To cała prawda, żywa prawda. Życie jest okrutne, a los niemiłosierny. Nie wiadomo co nas spotka. Popełniamy po drodze pełno błędów, ale czasami te błędy siedzą w nas do końca życia i nie da się ich zatuszować.To jest jak plama życiowa. I powiem, że dałem plamę po całości. 

     Ten list nie ma składni, spójności, ale chciałem Ci to przekazać, czego nie mogłem wcześniej i nawet teraz. Muszę się wysługiwać swoim człowiekiem. Upadłem bardzo nisko. Przekroczyłem dno, stąd nie da się już wyjść, zostanę tutaj nawet po śmierci.

     Tom, kocham Cię. Mój synu. Proszę wybacz staremu głupcowi. Byłem głupi i ślepy, ale co zrobisz, nic nie zrobisz. Takie życie. No tak, to ostanie słowa, które piszę. Dawno tego nie robiłem, ale kiedyś trzeba było. Płaczę pisząc to wszystko i śmieję się z siebie i swojego życia. Było ono nędzne jednak. Nie zrobiłem w życiu nic. Nie jednak coś jednego zrobiłem.

     Powołałem na świat dwóch wspaniałych synów, którym nie dałem tego co powinien każdy ojciec.
Jeszcze raz przepraszam. Mam nadzieję, że ten u góry mnie wpuści i zobaczę Chaelin i Shoote. A ty żyj synu, nie poddawaj się, brnij w marzenia.

     Kochaj, śnij, ciesz się życiem. Ja już nie zdążyłem.


Twój głupi ojciec
Nezumi Takuya


P.S. Bardzo dobry z Ciebie policjant, kiedyś na pewno zostaniesz komendantem, w najlepszym wypadku szefem federalnej policji. Kocham Cię synu." 

***

     Nie wiem nawet kiedy łzy spływały obficie po moim policzku. Nie mogłem powstrzymać tego. Powoli wyłem z rozpaczy. Wracałem ciągle do zdań, gdzie wyznawał swoje uczucia jak prawdziwy ojciec. Nie mogłem uwierzyć w to, że wcześniej się ocknął, ale nie mógł już się cofnąć jak Makbet. Zabijał, ale kiedy się obudził nie mógł już się cofnąć i brnął w swe grzechy, aż w końcu zginął.

- Ty stary głupcze - pociągałem nosem - Wybaczam ci wszystko - wytarłem łzy rękawem, a list schowałem do koperty a ją z powrotem do kieszeni. 

    Wstałem z podłogi, otrzepałem się kurzu. Ponownie wytarłem ostatnie mokre oczy i nos. Piekło mnie trochę. Jednak cieszyłem się, że ojciec odzyskał świadomość i napisał do mnie ten list i wyjaśnił mi przyczynę swojego zachowania. Szkoda tylko, że odszedł. Sam wydał sobie wyrok. Może to lepiej, nie wiem, nie znam tego uczucia. Stało się i tego nie przywrócę. Posłucham go i będę żył. 

- Dziękuję tato - i ruszyłem w stronę sali operacyjnej, gdzie był Kibum.



***


     Stanąłem jak wryty. Moje ciało nie chciało się ruszyć, było jak z kamienia. Zrobiło się niebezpiecznie, nie miałem pojęcia co robić. Zacząłem się bać, nie o siebie a o Kibuma. który wciąż krwawił, czułem jak krew spływa po moich plecach. Człowiek, którego nie chciałem już więcej razy spotkać, właśnie przede mną stoi, wielce uśmiechnięty. Jednak uśmiech był sztuczny, stwarzający pozory. Wyglądał jakby nic nie chciał nam zrobić, ale i tak wiedziałem, że za niedługo zaatakuje, a ja nie będę wiedział co zrobić. Atmosfera zrobiła się gęsta wraz z nią ciemne chmury zbierały się na niebie i jakby czekały na odpowiedni moment by rozpłakać się. Tak mi się kojarzyły, dla mnie wtedy niebo płacze, bo nie może znieść widoku walk, krwi i cierpienia, które panują na ziemi. Starałem się nie panikować, próbowałem zachować spokój by nie pokazać wrogowi swoich obaw.

- Czego się tak boisz? - odezwał się, a po moim ciele przeszły dreszcze - Przecież śmierć będzie szybka i bezbolesna, ale zanim to się stanie, chciałbym porozmawiać. Jak dżentelmen z dżentelmenem - zrobił parę kroków do przodu.
- O czym? - zapytałem.
- O tobie. Kim Jonghyunie - uśmiechnął się. Jego uśmiech był odrażający, trudny do opisania - Mam kilka pytań odnośnie ciebie, bo jednak trochę mnie zaciekawiłeś.
- Dlatego też chcesz mnie zabić... - zabrzmiało to tak jakbym dokończył jego wstępną wypowiedź.
- To też, ale dobrze by było znać swoją ofiarę. W końcu nie jestem mordercą, który zabiją ofiary nie znając ich. Jestem coś w rodzaju zabójcy, zabijam znając tożsamość i trochę historii ofiary. Więc? - skrzyżował swoje ręce na klatce piersiowej i lekko się wyszczerzył - Zgadzasz się? W sumie co ci zależy i tak umrzesz - zaśmiał się.

     Nie wiedziałem co mam zrobić. Nie jestem pewny czy zginę czy też nie. Nie mogę, przecież przyjaciel Kibuma mi powierzył to zadanie, a ja dotrzymać obietnicy muszę. Nie mogę się poddać w takim momencie, już za daleko to wszystko zaszło by się wycofać, musiałbym chyba być największym tchórzem.

- To jakie masz pytania? Co chcesz wiedzieć? - pewny siebie zapytałem.
- No cóż - podrapał się po głowie - To będą banalne pytania.
- Więc? - uniosłem lekko prawą brew.
- Hmm, do jakiej szkoły chodzisz? - zabrzmiało to tak jakbyśmy się poznawali i mieli zamiar zostać przyjaciółmi, to było bardzo dziwne.
- Do Narodowej Akademii Sztuki.
- Aaaaaa, piękny kierunek. Kiedyś też miałem się tam udać. Ba, marzyłem o tym, ale cóż wylądowałem w mafii i nie jest najgorzej, przynajmniej mnie wszyscy szanują.
- Wstąpiłeś do mafii, by...być szanowanym? Tylko po to? - trochę nie rozumiałem jego logiki, to tak jakby w normalnym życiu nim pomiatano.
- Było jeszcze kilka innych czynników dla których to zrobiłem - trochę posmutniał, ale zaraz na twarz wrócił jego uśmieszek - Wracając. Jak poznałeś biednego Kibuma? - zapytał z sarkazmem i pogardą, widać było, że nie cierpi blondyna, ale nie wiedziałem za co.
- Na uczelni, na stołówce. Wtedy się zaprzyjaźniliśmy - odpowiadałem, bo co miałem innego do stracenia.
- Zaprzyjaźniliście się? A na dowód przyjaźni bzykaliście się. Hmm to nawet dobre zapieczętowanie tego wydarzenia - po raz kolejny się zaśmiał, a we mnie zagotowała się krew.
- Co wiesz co zrobiliśmy? Dlaczego jesteś pewny tego?
- Jak to? Przecież o Kim Kibumie wiemy wszystko i nic. Wiem, że jest pedałem, lubił najbardziej rysować anioły, występował w klubie "Angel", uciekł od swojego pseudo przyjaciela do twojego bloku - kiedy usłyszałem dwa ostatnie słowa bardzo się zdziwiłem skąd mógłby o tym wiedzieć - No i, że lubi się pieprzyć z kim popadnie, o dziwo cię nie zdradził. Wierny pies z niego - lekko się pochylił na bok i spojrzał na nieprzytomnego Key.
- Przestań go obrażać - powiedziałem przez zęby, złość powoli zaczęła się ze mnie wylewać.
- Bo co mi zrobisz? Rzucisz blondaska na ziemię i naskoczysz na mnie? Gołymi rękoma? - wybuchł śmiechem.
- Co cię tak bawi?
- O matko, dzieciaku. Jestem uzbrojony, tylko się ruszysz w moją stronę a już wtedy mogę strzelić. Chociaż w sumie szybciej bym załatwił sprawę. To co? Próbujesz swoich sił?

     Próbował mnie sprowokować. Jednak myślałem ciągle o Kibumie, nie mogłem pozwolić sobie na to. Nadal oczekiwałem na jakiś cud. Przeklinałem gliniarza, który się zgubił, bo teraz przydałby się. Mógłbym spokojnie zanieść nieprzytomnego do szpitala. Bałem się, że umiera na moich plecach. Starałem się tak o tym nie myśleć.

- Czekaj, mam lepszy pomysł - odezwał się, zastanawiałem się co chce mi powiedzieć - Co ty na to, żeby zmierzyć się na gołe ręce? - z dłoń zdjął czarne, skórzane rękawiczki, a jego oczy zaświeciły. Był gotów na zabawę. Ja zrobiłem cztery kroki w tył - No chyba się nie boisz, co? No dalej! - przyjął pozycję, pięści wysunął przed siebie. Ja nie byłem przekonany, nie mogłem Kibuma położyć na ziemi. Jeśli to pułapka to wolałem nie ryzykować.
- Odpuść sobie, nie mam zamiaru z tobą się bić - odmówiłem.
- Hohoho, widzę, że jednak masz ten rozum. Pewnie ciągle analizujesz sytuacje i bierzesz wszystko pod uwagę. Bardzo mądrze - zaczął bić mi brawo jak po udanym spektaklu.
- Czemu taki gangster jak ty chce brudzić sobie ręce?
- Dobre pytanie. Ciągle walczę z broni. W sumie to nie walka a zabijaka, tylko pif-paf i po krzyku. A taka walka wydaje się bardzo interesująca - zmierzył mnie wzrokiem i delikatnie się uśmiechał - Ale skoro nie chcesz, nie będę nalegał. W końcu jestem dżentelmenem - włożył z powrotem rękawiczki i wyciągnął biały pistolet, powoli zmierzał w moim kierunku.

     Serce mi stanęło. Ciągle zadawałem sobie pytanie "co robić?". Gdybym zaczął uciekać strzeliłby do mnie, jeżeli tak będę stał strzeli do mnie prędzej czy później. Było coraz bardziej niebezpiecznie. 

- No to jak robimy? - był metr ode mnie - Dajesz pana Kibuma po lubownie i jego trach a później ciebie panie Jonghyunie trach? Czy woli pan tragiczniejszą wersję? - wymierzył do mnie lufą, a na moim czole pojawiały się krople zimnego potu - Hmm, ja osobiście wolę dramatyczne sceny bólu i rozpaczy. Jest wtedy o wiele ciekawiej - nagle poczułem ostry ból na policzku.

     Usłyszałem huk, co spowodowało ciało Key, które upadło ciężko na asfalt. Ja przywitałem się z zimną nawierzchnią. Zbliżał się nas koniec, jednak zanim on miał nastąpić postanowiłem walczyć. Szybkim ruchem rzuciłem się na napastnika, ten schował broń i sprzedał mi mocnego kopniaka w bok. Syknąłem z bólu, ale nie zamierzałem się wycofać. Po jakimś czasie walka przerodziła się w walkę na śmierć i życie. Miałem bardziej obitą twarz od niego, był niezły, widać, że uczył się sztuk walki i przez to miał przewagę. Ja jedynie przez jakiś krótki okres czasu uczyłem się kickboxingu, lecz to nie wystarczyło by mu dorównać. Musiałem działać instynktownie.

     ***

     Znów czułem pod moim ciałem coś zimnego i twardego. Zorientowałem się, że to był asfalt. Niesamowicie mnie głowa bolała i czułem się bardzo słabo. Zdołałem resztami sił otworzyć oczy. Niestety obraz miałem rozmazany. Widziałem dwie rozmazane postacie, które wyglądały jakby się biły. Ledwo słyszałem. Chciałem wiedzieć co się dzieje, ale znowu siły mnie opuszczały. Zamknąłem oczy.

    Zapach drzew leśnych. Promienie, które pośród gałęzi próbują się przebić do tajemniczej przestrzeni. Pod stopami szyszki, piasek, sucha trawa. Słychać śpiew ptaków, które radośnie wydobywały z siebie dźwięki. Obraz jakby wzięty z opisu jakieś książki. 
     Kolejny raz nie miałem pojęcie czy ja umarłem czy to realne odczucie. Moje oczy pochłaniały obraz, wdychałem leśne powietrze, a po mojej bladej skórze przechodził delikatny, letni powiew wiatru. Niedaleko dojrzałem strumyk a nad nim mostek. Na nim już stał Jonghyun, ja trochę podbiegłem i stanąłem przed nim. Ten w milczeniu wyciągnąć do mnie dłoń, ja chwyciłem nią i wszedłem na deski. 

- Podoba ci się? - zapytał.
- Bardzo - uśmiechnąłem się do niego.
- Gdzie chcesz iść dalej? - swoje palce wplotłem w jego i przytuliłem się do jego ramienia.
- Z tobą pójdę wszędzie...nawet do grobu - delikatnie się zaśmiał i przytulił mnie mocno i pocałował w czubek głowy.
 - I wanna hold you tight, make you mine, never leave me alone - zaśpiewał mi fragment jakieś piosenki. 

     Kochałem jego głos. Był delikatny, uspokajający, ale też sprawiał, że krew szybciej mi krążyła. Cieszyłem się, że go mam. Nie żałuję żadnego dnia spędzonego z nim. Nie oddam go nikomu, nie puszczę go. Bez ciebie nie oddycham. Bez ciebie mnie nie ma. Jestem wtedy trupem.

    Kocham cię Jonghyun.

    ***

     Brakowało mi sił. Nie wiedziałem co się ze mną działo. Miałem wrażenie, że mam wszystko połamane. Krew sprawiała, że nie mogłem się skupić. Spływała ciągle ze mnie, opuchnięte oko utrudniało mi widzenie z lewego oka. Czułem, że mam rozciętą wargę. Cały byłem poobijany, ze dwa żebra mam złamane. Nie byłem w dobrym stanie. Było niebezpiecznie źle. 

- No widzisz pan, nie dorównasz mi. Ale walka była naprawdę ciekawa... - urwał mi się słuch, nie usłyszałem wszystkiego co powiedział do mnie, ale ponownie poczułem szczypanie w policzku. Zadał mi cios z pięści, aż upadłem ciężko na twardą powierzchnię. 

     Odwróciłem się i spojrzałem się na blondyna. Nadal oddychał. Uśmiechnąłem się w jego stronę i w myślach sobie powiedziałem 

- Widzisz Kibum? Żyję i ty też będziesz żył. Będzie dobrze. Obaj będziemy nadal żyć.

     Pomimo bólu, nadal się uśmiechałem. Nie chciałem napawać się złymi myślami, pocieszałem się, że to nic, że to ja sprawię, że on będzie leżał.

- Czego się uśmiechasz? Pewnie zdajesz sobie sprawę, że zaraz umrzesz - wymierzył we mnie.
- Wiesz co.... - ciężko oddychałem - Nie dam ci się zabić - wybuchł śmiechem jakby to było niemożliwe, że to moje przeznaczenie by umrzeć tutaj, z jego ręki.
- Eh, kogo ty chcesz oszukać? Jak chcesz przeżyć? Modlitwy ci nie pomogą, bo bóg nie istnieje. Zwykłe bujdy. Cudy też się nie zdarzają. Nie bądź dzieckiem.

***

"- Wynoś się stąd gówniarzu! - krzyknął do mnie właściciel restauracji - Jeszcze raz cię tu zobaczę to cię ugotuje w garnku!

     Biegłem ile miałem sił w nogach. Stopy mnie bardzo bolały. Pełno pęcherzy, obtarć, liczne rany od szkła i innych ostrych rzeczy. W rękach trzymałem chleb i surowego kurczaka. Starałem się ich nie opuścić. To była kolacja moja. W końcu dotarłem do swojego pokoju. Wszedłem po schodach przeciwpożarowych w opuszczonym hotelu. Byłem szczęśliwy ze zdobyczy. Mogłem się w końcu najeść. Przygotowałem odpowiednie rzeczy i zacząłem piec kurczaka. Pilnowałem aby nikt mi nie wszedł, więc zabarykadowałem wszędzie wejście. Kiedy wszystko było gotowe, zjadłem wszystko. 

- Tao, co ty tam robisz? - zza drzwi usłyszałem głos jednych z mieszkających tu bezdomnych chłopaków - Weź otwórz.

     Ani mi się śniło to zrobić. Zabraliby mi wszystko, nie po to ryzykuje życiem by komuś oddać to na co sobie zapracowałem. Szybko zjadłem, usunąłem ślady jedzenia po kurczaku, zostawiłem trochę chleba. Wytarłem się starannie i sprawdziłem czy wszystko dobrze ukryłem. Otworzyłem drzwi.

- Co tak długo stary? - spojrzał na łózko, gdzie leżał chleb - O masz chleb! 
- Chcesz? - bez odpowiedzi podszedł chłopak i wziął, wyszedł.

    Usiadłem na łóżku. Wreszcie od kilku miesięcy się najadłem, że chleba już nie potrzebowałem. Zapadła już noc a na niebie pojawiły się gwiazdy. Przyjemnie mi się w nie patrzyło. Zobaczyłem spadającą gwiazdę. Szybko postanowiłem wypowiedzieć życzenie.

- Chcę żyć w dostatku i miłości, proszę niech się spełni - uśmiechnąłem się i położyłem się spać.

    O poranku usłyszałem hałas, który niebezpiecznie zbliżał się do mojego mieszkania. Byłem zaniepokojony sytuacją. Do pomieszczenia wpadli starsi chłopacy.

- Tao! - jeden mnie chwycił za koszulkę.
- Powiedz nam, miałeś tylko chleb wczoraj?
- Tak - drugi uderzył mnie w głowę.
- Lepiej powiedz prawdę sam - ostrzegł trzeci.
- Naprawdę jadłem chleb.
- Kłamca, wiemy, że jadłeś kurczaka i to całego.
- I nie podzieliłeś się. Wiesz co czeka takich jak ty? - spojrzałem na nich, wiedziałem co się wydarzy, nie chciałem już walczyć.

    Postawił mnie na deskach, gdzie któryś z nich uderzył mnie w twarz. Zaczęli mnie mocno kopać po plecach oraz brzuchu. Byłem bezradny. Nie mogłem liczyć na pomoc. Wszyscy byli obojętni temu wszystkiemu. Wolałem już umrzeć, żeby mnie zatłukli tak, żebym przestał oddychać.

- Dobra, starczy mu już. To dla niego nauczka. Idziemy - wyszli a ja leżałem na deskach we krwi własnej.

    Straciłem całkowitą radość. Przestałem wierzyć w marzenia. Przestałem żyć marzeniami. Nic takiego nie istnieje. Postanowiłem uciec z hotelu i znaleźć sobie inny nocleg. Biegłem. Znajdowałem się w ciągłej ucieczce. Mijałem kolejne budynki, lampy, kałuże. To był deszczowy dzień. Niebo płakało. Za mnie.

    Dotarłem do jakieś starej fabryki. Wszedłem przez siatkę na teren. Szedłem pewnie. Usłyszałem kroki, ukryłem się za ścianą. 

- Co ty tu dzieciaku robisz? - usłyszałem głos mężczyzny, który stał za mną. Nie miałem szans uciec, złapał mnie i zaprowadził do środka.

     W środku wszystko wyglądało porządnie. Ściany były zrobione tak jakby były zniszczone. Podłogę pokrywał krwisto czerwony dywan. Podobało mi się całe wnętrze. Wielki mężczyzna, który trzymał mnie za ramię prowadził przez korytarz w stronę jakiegoś pomieszczenia. Nie bałem się, byłem ciekaw co mnie zastanie. Byliśmy coraz bliżej drzwi, zapukał trzy razy i weszliśmy do środka.

     Pokój był lepiej urządzony niż korytarz. Meble sprawiały, że pomieszczenie wydawało się mniejsze. Wszystko w ciemnych, mrocznych barwach. Na skórzanym krześle obrócił się starszy mężczyzna. Spojrzał na faceta obok mnie, a później skierował wzrok na mnie. Przeszła mnie gęsia skórka, jego wzrok sprawiał, że czułem się jak robak, który ma zaraz zostać zdeptany.

- Imię? - bardzo niskim tonem głosu zapytał.
- Tao - cicho odpowiedziałem na co ten się uśmiechnął.
- Ładne imię, pasujące do naszego klimatu, nie uważasz Zet? - tym razem skierował się do wysokiego.
- Oczywiście boss.
- No chłopcze - wstał, zapalając cygaro - Co chcesz w życiu robić?
- J-ja...nie wiem....jestem bezdomny.
- Tak nie może być, zaraz ci przygotujemy pokój, ale zadam ci pytanie, twoja odpowiedź zadecyduje o twoim losie, chłopcze - kiwnąłem głową, chciałem się dowiedzieć - Pójdziesz do szkoły, wyjdziesz na ludzi. Zadbam o to żeby ci nic w życiu nie zabrakło, ale - chwilę się zatrzymał, wziął wdech po czym wypuścił z ust gęsty dym - Będziesz miał to wszystko, jeśli zostaniesz jednym z nas. Czy chcesz należeć do naszej rodziny?
- Tak!"

     Wspomnienia raptem do mnie wróciły w takiej chwili, kiedy ten leży cały za krwawiony na ziemi. To nie był dobry znak. Zwykle tak jest jak ktoś ma zginąć niebawem. Nie mogę do tego dopuścić by tak się stało. Wychowałem się w mafijnej rodzinie, gdzie dano mi wszystko czego chciałem w zamian robiłem to co mi kazali. Byłem wdzięczny im za to, że mogłem wyjść z biedy i nędzy, która mnie powitała od narodzin.

     Za sobą usłyszałem kroki zbliżające się do mnie. Wyczuwałem kto to może być, jednak czekałem do ostatniej chwili. Czułem, że ta walka będzie o wiele ciekawsza niż tym miotem. Życie mnie zaskakiwało cały czas, więc niech i to zrobi teraz.

     Życie zaskocz mnie!

***

     Udało mi się dotrzeć na czas, mając przy tym szczęście, że akurat tutaj będą. Trochę się spóźniłem, kiedy spojrzałem na dwójkę leżącą na ziemi, ale nic poważnego im się nie stało. Jednak musiałem jak najszybciej zakończyć sprawę, by Kibum znalazł się w szpitalu. Szybko przeanalizowałem sytuację, nie czekając wyciągnąłem broń i przeładowałem.

- Wreszcie się spotykamy - oznajmiłem z pół uśmiechem.
- No faktycznie, długo się nie widzieliśmy - obrócił się do mnie z tą samą twarzą co ja.
- Za długo chodzisz po tym świecie...Tao - wymierzyłem do niego co ten zrobił szybko to samo.
- Zakończmy tą sztukę, widownia jest tym znudzona.
- Pora opuścić kurtynę - pobiegłem w jego stronę.

     Zaczęliśmy walkę. Każdy z nas skutecznie się bronił, nikt nie ucierpiał od uderzeń, co najmniej od popchnięć, by odsunąć się wzajemnie. Po kilku minutach zmęczyliśmy się, jednak ani ja ani on nie chciał dać za wygraną. Zaczęło padać. Pogoda sprzyjała klimatowi tej sytuacji. W końcu udało mi się w niego trafić co on z wzajemnością. Obaj uderzyliśmy się spluwami, tylko w inne miejsca na twarzy. Ja dostałem w skroń, Tao w policzek. Im dłużej to się toczyło tym bardziej już sensu nie było tego ciągnąć. Odsunąłem się na bezpieczną odległość i wycelowałem w niego.

- Ta bijatyka nie ma sensu, nie uważasz? - spytałem lekko zdyszany.
- Owszem - odpowiedział ledwie łapiąc powietrze - Pozwól, że coś ci powiem.
- Co takiego?
- Miałem przekazać ci wiadomość od bossa - byłem ciekaw co chce ode mnie mój kochany ojciec.
- Słucham - w kieszeni u spodni wyjął kopertę.
- To jest list od niego i chciał żebym to przekazał i powiedział - wziął głęboki wdech - Przepraszam.

    Zaskoczyło mnie to. Czemu ojciec tak nagle mnie przepraszał, czemu akurat teraz i to nie sam osobiście tylko wziął sobie pośrednika. Bardzo ciekawiła mnie zawartość koperty.

- Podejdź z kopertą, ale zostaw broń na ziemi i ręce do góry - usłuchał się co było dla mnie dziwne. Grzecznie podszedł, przekazał kopertę i wrócił do miejsca. Nie miałem czasu czytać tego, postanowiłem to później zrobić.
- Wiesz co Tom - spojrzałem na niego - Znudziło mi się już to - nie miałem pojęcia o co mu chodzi - Zastrzel mnie, proszę - kolejna dawka szoku do mnie trafiła, z jakiej racji tak nagle rezygnuje z zadania, które zostało mu zlecone.
- Dlaczego? Dlaczego tak nagle?
- Tak wiem, dziwnie to teraz wygląda, nie dawno chciałem zabić tą dwójkę, ciebie, ale teraz kiedy sobie uświadamiam co tak naprawdę zrobiłem w życiu, a czego raczej nie zrobiłem, to wszystko wygląda jak wielkie gówno, którego nie da się sprzątnąć, bo zaschło. Ja już jako dziecko należałem do mafii, wychowałem się wśród tych ludzi. Wiedziałem o tobie od tamtej chwili, znałem każdy szczegół, później do kartoteki doszedł Kim Kibum. Wbito mi do głowy całą nienawiść do świata, rządzę mordu. Nigdy nie zaznałem szczęścia, miłości - chwilę się zatrzymał, spojrzał w niebo - I tak wszyscy w mafii albo zginą albo zostaną aresztowani i zgniją w pierdlu. Nie chcę takiego życia, wolę już umrzeć - zwrócił wzrok na mnie, w jego oczach dostrzegłem łzy. Szczere łzy. Zrozumiał swój sens życia - Urodziłem się jako śmieć i zginę jako śmieć. Ludzie tacy jak ja nigdy nie uwolnią się od przeszłości, są tacy przez całe życie. Nikt tego nie zmieni nawet miłość - łzy spływały mu po policzkach - Ja nie znam tych uczuć, nie wiem jak wyglądają te pozytywne emocje, nie nauczono mnie tego. Teraz...czuję skruchę - zaczął płakać, już wiedziałem, że walka się skończyła, jego walka z samym sobą - Nie wiem czy Bóg mi to wybaczy.
-Wybaczy, jest miłosierny dla wszystkich.
- Tom, proszę...właduj we mnie kulę - kiwnąłem przecząco głową - Proszę...
- Nie, nie będę na ciebie wydawać wyrok - opuściłem broń - To koniec, Tao.
- Racja...miło było ciebie poznać Tom. Żegnaj - przyłożył sobie lufę pod brodę.
- TAO NIE!

    Nie zdążyłem. Krew w ułamek sekundy się rozpłynęła po ciele mężczyzny, a ciało padło bezwładnie na ziemie. W ciągu kilku minut wokół martwego zrobiła się bordowa plama, gdzie deszcz dodatkowo sprawiał, że bardziej się rozpływała po asfalcie.

     Przykry widok to był. Chciało mi się płakać. Był wrogiem, ale nikomu nie można życzyć śmierci. Każdy zasługuje na życie, na drugą szansę od życia. Nie mamy prawa przekreślać ludzi, nawet jeśli ich nienawidzimy.

     Podszedłem do niego. Miał nadal otwarte oczy, postanowiłem je zamknąć. Miał ciężkie życie, ale też powinien odejść w spokoju z tego świata, który jest przepełniony nienawiścią, smutkiem i cierpieniem. Oby tam na górze się nim dobrze zaopiekowali.

- Żegnaj Tao

    Spojrzałem na Jonghyuna, który widział tą całą sytuację. Niezwłocznie powędrowałem w jego stronę, by mieć pewność, że jest cały w miarę.

- Jak tam? - zapytałem. Trochę to było głupie, ale zapytać zawsze warto.
- Żyję, nie licząc połamanych żeber, popuchniętej powieki, zaschniętej krwi, ciągłego bólu i kilka poobijanych części ciała, to czuję się świetnie - zaśmiałem się.
- Ale dasz radę chodzić?
- Taaa, ale bardzo powoli - pomogłem mu wstać, dobrze, że mógł sam chodzić.
- Wezmę Kibuma na swoje plecy - kiwnął głową, że zrozumiał, ja podszedłem do najbardziej rannego, sprawdziłem tętno. Na szczęście żył. Wziąłem go na plecy - Tylko chwilę poczekamy, zaraz będzie policja i karetka.

     Poczekaliśmy pięć minut na służby. Wszystko przechodziło pomyślnie, cały proces. Nas sprawdzono, zmyto krew by jakoś wyglądać i zabrano nas do szpitala. Jonghyun ciągle trzymał Kibuma za rękę. Wyglądał na szczęśliwego, że wszystko się dobrze skończyło. Nie ukrywając też byłem w takim nastroju. Dojechaliśmy do szpitala. Mnie przebadali i mi za wiele nie dolegało, więc szybko mnie wypisali. Blondyn miał operację, a bruneta poskładali do całości. Czekałem na doktora, który operował, chciałem się dowiedzieć jak przebiegło to wszystko.

- Tom! - usłyszałem głos szefa, ten szybko dał gest żebym nie wstawał - Jak tam?
- Dobrze ze mną, czekam na rezultaty operacji - uśmiechnąłem się.
- Rozbiliśmy mafię.
- Naprawdę?
- Uhm, ale szefa nie złapaliśmy - gestem ręki pomasował swoją brodę.
- Jak to? - byłem z lekka zdziwiony.
- Nie żyje.

     Serce mi się zatrzymało, moje oczy omal nie wyskoczyły. Nie mogło dojść do mnie to, że on nie żyje. Jednak to był mój ojciec, który nadał mi życie. Nienawidziłem go za to co zrobił naszej rodzinie, ale to całe przedsięwzięcie go zabiło. Przypomniałem sobie, że nadal mam ten list przy sobie. Postanowiłem go przeczytać w samotności. Przeprosiłem szefa  i udałem się na samotny korytarz.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział postanowiłam rozdzielić na dwie części, bo jakbym dalej to ciągła to byłoby jeszcze dłuższe i odechciałoby Wam się czytać, może i teraz Wam się odechce *oby nie*, part II zostanie napisany zaraz po tym. Jednak zanim pojawi się druga część dojdzie bonus, odnośnie naszego bohatera drugoplanowego.

Miłego czytania ^^

Udało się.
Cieszę się, że wreszcie udało mi się napisać rozdział i zaległe zamówienie.
Tak jak napisałam pod rozdziałem 23 "UA" to na początek lipca powinnam skończyć 24 rozdział, ale to nie jest pewne. W trakcie pisania 24 rozdziału, będę pisać zamówienia.
Wypiszę teraz jakie zamówienia mam w kolejce:

1. 2MIN (SHINee) - fluff dla Magi Lee
2. Ken x Ravi (VIXX) - angst dla Anonima
3. JRen (NU'EST) -angst oraz TaoRis (EXO) - angst dla Suza Na
4. TaoRis (EXO) - fluff/smut dla Anna Kim
5. Ken x Leo (VIXX) - angst, DaeUp (B.A.P) - angst oraz Raven (VIXX) - fluff dla Ookami
6. Ken x Leo (VIXX) - angst oraz RaviN (VIXX) - angst dla Anonima
7. G.D x Taemin - komedia dla Taemin-kun

Jak widać jest tych zamówień mnóstwo. Niedługo rozpracuje zasadę co do zamówień. Na pewno będzie ograniczenie co do ilości. Ale o tym później.

Dużo się dzieje w moim życiu. Niedługo koniec roku szkolnego. Tutaj niedługo konwent.
Właśnie!

Jeśli ktoś z Was wybiera się na Animatsuri (Warszawa, 11-13 lipca) to możecie mnie tam spotkać.

Wracając do blogu.
Zamówione one-shoty będą powoli realizowane w takiej kolejności w której podałam.
A 24 rozdziału oczekujcie w najbliższym czasie.

Miłego czytania życzę.

~Blue



pairing: Jonghyun (SHINee) x Kyuhyun (Super Junior)
gatunek: komedia
ostrzeżenia: wulgaryzmy

Na życzenie Satori


***


     Dzień w dormie SHINee jest zawsze spokojny. Każdy wstaje, nikt nie krzyczy, nie ma zbędnych hałasów z rana. Przeciwieństwem jest dorm Super Junior. Tam nie ma dnia bez śmiechów, wrzasków niczym w przedszkolu. Każdy kto ich nie zna pomyślałby, że pierwszy wymieniony zespół jest starszy od drugiego. Inne zachowanie, różnili się od siebie. I to było fajne, nie byli jednej barwy. Nadszedł czas gdzie oba zespoły miały się spotkać w dormie SHINee, bo tak padło w losowaniu.

     Lśniący pochowali wszystko co mogło zostać zniszczone, w sumie to Kibum się wszystkim przejął, nie żeby się bał, ale woli dla świętego swojego spokoju zabezpieczyć teren. Tam gdzie dużo ludzi jest wielkie picie, tam gdzie wielkie picie tam burdel, a tam gdzie burdel tam i gruntowe sprzątanie po "gościach". Jinki i Minho zajęli się przygotowaniem jedzenia, Jonghyun z Taeminem zaopatrzyli zapasy, a Key tak jak wcześniej, sprawdzał wszystko czy jest czysto i czy na pewno wszystko schował co mogłoby ulec nieszczęśliwemu wypadkowi.

     Zbliżała się godzina szósta popołudniu. To była ta godzina kiedy do drzwi mieli zapukać starszy zespół. Wszystko było na tip-top, idealnie dopracowane niczym każdy występ. W mieszkaniu pachniało świetnym jedzeniem, oczywiście nie mogło zabraknąć głównego składnika, czyli kurczaka. Każdy wie, że jak Onew gotuje to nie może nie być tego przysmaku lidera. Kibum odpicował się jak na galę, w końcu to diva, reszta na luzie, nie chciała iść w ślady fashionisty.

     Czwórka siedzi na kanapie, a diva koło drzwi by przywitać gości. Nagle zza drzwi słychać hałas.

- Który to numer? - zapytał Sungmin.
- A jak to nie tu? - kolejny zapytał Ryeowook.
- Jak kurwa nie tu, weź wyjdź - odezwał się Kangin,
- Hyung, nie denerwuj się - uspokajał Henry.
- Weź mnie młody nie wkurwiaj. Jak można tak długo szukać jakiegoś jebanego numeru? - wciąż zdenerwowany był Kangin.
- Kangin, nie jesteś tutaj sam, ogarnij się - skarcił lider.
- Wzięliście wszystko? - zapytał Eunhyuk.
- Wziąłem wszystkie niezdrowe rzeczy do jedzenia - odpowiedział jako pierwszy Shindong przy czym się zaśmiał.
- Alkohole też mamy - chórem jako drudzy odpowiedzieli Heechul i Siwon.
- Siwon, co ty? Przecież ty święty człowiek żeś jest - żartem oznajmił Donghae.
- Raz do roku Bóg się nie obrazi jak wypije - odpowiedział, a reszta zespołu wybuchnęła śmiechem.
- A ty Kyuhyun co wziąłeś? - zapytał Yesung.
- Nic - odpowiedział.
- Jak to? - dopytywał.
- Po co mam brać lapka jak Tae ma?
- Nie mów, że będziesz noł-lajfić - zażenowany powiedział Leeteuk.
- Będę ekspił przy was oczywiście - wszyscy razem przytaknęli, widocznie nie przeszkadzało im to, że będzie i tak z nimi siedzieć.
- No gdzie kurwa to mieszkanie Zhou Mi? - niecierpliwił się Kangin.
- I po co się wkurwiasz? To tutaj - wskazał na drzwi.

     Super Junior nie raczyło pukać, tylko na chama weszli do mieszkania jak do siebie. Zrobiło się naprawdę głośno, chyba cały blok ich słyszał. Przywitali się i usiedli gdzie popadnie. Zamienili parę słów, a to o zespole, zbliżających się comebackach i innych różnych sprawach. Nie czekając dłużej, zaczęli jeść co jest na stole, zapijając to napojami z procentami. Minuty mijały bardzo luźnej i miłej atmosferze. Śmiali się, opowiadali różne anegdoty z życia oraz dyskutowali o sprawach niby ważnych a nie do końca. Jak to faceci od sportu do polityki tematy leciały.

- Może zagramy w coś? - zaproponował Heechul.
- Ale w co? - zapytał Minho.
- W butelkę! - wyrwał się Sungmin.
- Dziecko, padło ci coś na mózg? - spojrzał na niego Hee.
- Dobra! - chórem potwierdziła większość.
- Serio? - z zażenowaniem spojrzał na wszystkich wielka diva. W końcu też przytaknął.
- Idę po butelkę - do kuchni pobiegł podekscytowany Taemin i wrócił z pustką, starą butelką po piwie.
- Co robi osoba ma którą wypadnie? - zapytał Jinki.
- Wykonuje zadanie, niezależnie od tego jakie, nie ma wyboru - postawił na swoim Kangin.

     Zaczęli kręcić butelką. Było bardzo wesoło i głośno przy tej zabawie. Każdy coś dostawał. Były to zadania śmieszne, żenujące, straszne. Długo by było ich wymieniać. Królami najlepszych pomysłów byli Heechul, Kibum, dwie wielkie divy, najgorszymi pomysłodawcami byli Ryeowook, Siwon oraz Sungmin.
    
     W końcu wypadło na Heechula. Nikt nie chciał, żeby kogokolwiek wylosował, ale musiał kogoś. Pecha miał ten na którego wypadnie i to dużego. Diva miał szalone pomysły i to takie, których się nie chce robić z wielu powodów. Zakręcił butelką i zwalniała. Wszyscy się modlili by nie wypadło właśnie na niego. Coraz wolniej i wolniej. Mija kolejno, Yesunga, Zhou Mi, Onew, Sungmina i wypada na Jonghyuna. Wszyscy wrzasnęli z radości i śmiali się z nieszczęścia Lśniącego.

- Aż się boję - spuścił w dół głowę młody Kim. Heechul diabelsko uśmiechnął się, chwilę się zastanowił, wziął głęboki wdech i wypuścił z ust słowa.
- Zabierz naszego Kyuhyuna do pokoju i zrób mu dobrze - harmider nastał. Nie wiadomo czy Jong się śmiał czy też rozpaczał nad tym, ale poszli jednak za nimi jeszcze krzyknął diva - Nagrajcie to!
- Nosz kurwa i jeszcze czego...Może mam się z nim pierdolić?! - zdenerwowany Jong wrzasnął.
- Jak tak bardzo chcesz - zaśmiał się Hee.

     Zniknęli za drzwiami pokoju JJonga. Kyuhyun się rozsiadł i czekał na to co zrobi Jong.

- To co, robisz to? - w żarcie zapytał Kyuhyun.
- Ocipiałeś? - zaśmiał się - Będę udawać. A ty udawaj, że ci dobrze.

     Kyu przytaknął i wyjął telefon. Ustawili się tak, żeby wyglądało to tak jakby naprawdę to robił. Zza drzwi pokoju było słychać głośne rozmowy i śmiechy. Im głośniej evil maknae jęczał, tym większa wrzawa była w salonie. Minęło około dziesięć minut i Jong postanowił skończyć.

- No to teraz powtórz to, tylko, że naprawdę - rozkazująco oznajmił Kyu. Ten spojrzał na niego jak na głupka.
- Popierdoliło cię chyba - stanowczo protestował.
- Pierdolić to mogę ciebie - zaśmiał się. Zbliżył się do niego.
- Spierdalaj ode mnie - odepchnął od siebie starszego.
- Dobra, zluzuj majty, przecież żartowałem - zaczął się śmiać.
- A ci kiedyś przywalę, doigrasz się tego - zagroził.
- Nie strasz, nie strasz, bo się...no, sam sobie dokończ. Chodź, bo ten niewyżyty czeka. - wyszli z pokoju i kiedy pojawili się w salonie, chłopaki zaczęli wiwatować jak facetowi, który przestał być prawiczkiem.

     Jonghyun pokazał na osobności filmik Heechulowi. Nie zorientował się, że to fałszywka i zaliczył zadanie. Reszta imprezy przebiegała w niezmiennej atmosferze. Chłopaki z SuJu byli już trochę nieźle podpici, SHINee zaczęli się martwić czy oni dotrą do domu, na szczęście Siwon, Kyuhyun, Ryeowook, Zhou Mi oraz Donghae byli w miarę trzeźwi to jakość mogli resztę zabrać.

     Około jedenastej w nocy zaczęli się zbierać do siebie. Jednak nikogo nie ominęło puszczanie pawia. Zgony zaliczył Kangin oraz Eunhyuk. Pozostali w miarę sprawnie wstali, zebrali i ładnie się pożegnali z zachrypniętymi głosami.

     Kibum bał się odwrócić w stronę salonu, bo wiedział co go czeka. Upojna noc ze śmietnikiem, który się zrobił w całym mieszkaniu. Tylko sprawnie mógł mu pomóc, Jinki, Minho oraz Jonghyun. W końcu musiał stawić czoła brudu, obrócił się na pięcie.

- Ja pierdole, nigdy więcej nie chcę ich w swoim dormie! - krzyknął i zwrócił się do Jonghyun - A ty do jasnej kurwy masz celibat!
- Kibum, to nie było naprawdę. Udawaliśmy - zaczął się tłumaczyć.
- Zamknij się! Heechul był zadowolony z nagrania tak samo jak sam Kyuhyun.
- Ale kochanie....
- KONIEC!

     I tak skończyły się spokojne dni w dormie SHINee na jakiś czas, dopóki nie skończy się celibat pomiędzy gorącą dwójką.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Mam nadzieję, że się choć trochę podoba. Miałem spory problem z wymyśleniem fabuły dla tego one-shota i jeszcze z takim pairingiem z kosmosu.

Dziękuję za takie coś XDD